Twórcze ADHD zaczęło mieć dom

,

Nigdy nie byłem w stanie w prosty i zrozumiały dla każdego sposób wyjaśnić czemu nachodzi mnie wciąż i ponownie, i ponownie, nieodparta chęć budowania kolejnych biznesów.

Tak już mam i jak sięgam pamięcią – miałem od bardzo, bardzo dawna.

Wielokrotnie pytano mnie w moim życiu o to kim chciałem być w wieku lat nastu. Skłamałbym mówiąc, że przedsiębiorcą. Wtedy nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, czym bycie takim przedsiębiorcą jest. Biznesmenem? Wtedy kojarzyło mi się to z facetem w garniturze z amerykańskiego filmu. Startupowcem? Wtedy takie słowo nie istniało.

Wielokrotnie na to pytanie odpowiadałem mówiąc “pewnie piłkarzem”. Bo chyba wypadało tak odpowiadać. Przecież wszyscy chłopacy w Polsce chcieli być piłkarzami w tym wieku. Mam rację? No więc pewnie może i wszyscy tego chcieli, ale ja mówiąc to kłamałem.

Nigdy nie chciałem być piłkarzem. Pewnie, wielokrotnie w swojej głowie rozgrywałem tę jedną, cudowną, najlepszą akcję, po której strzelam gola w finale któregoś to mundialu. Ale tak naprawdę zawsze pozostawało to w obrębie fantazji. Nigdy nawet specjalnie nie zależało mi na tym, by się to ziściło.

W późnych latach liceum wymyśliłem sobie natomiast, że będę robił filmy, że będę reżyserem. Dostałem się nawet po maturze do warszawskiego ówczesnego odpowiednika szkoły filmowej. Ale nigdy tam na zajęciach na zawitałem. Ściągnął mnie Gdańsk, gdzie jeszcze mocniej zakorzeniłem się w świecie nowoczesnych technologii.

A im mocniej w ten świat wsiąkałem, tym więcej widziałem. Tym więcej potencjalnych produktów przydatnych ludzkości sobie wyobrażałem, tym więcej branż nadających się do digitalizacji odkrywałem, tym mocniej pragnąłem stworzyć to. I to. I to. I tamto.

Dziś bym to nazwał twórczym ADHD. Bo co i rusz pojawiały się mi się w głowie nowe pomysły i rozwiązania. Na nowe biznesy, które na nowo zdefiniują czym zrewolucjonizowanie czegoś może być.

Dziś bym to też nazwał naiwnym myśleniem. Bez planu, bez strategii, bez długoterminowego pomysłu.

Z drugiej zaś strony to, co mnie dziś najbardziej cieszy to to, że to wszystko ze mną pozostało. Przez te wszystkie lata wymyśliłem w swojej głowie nie zliczę ile to biznesów. Nauczyłem się jednak nie realizować ich wszystkich. A najlepiej nie wszystkich na raz. I nie sam.

Nauczyłem się odczekiwać zanim zabiorę się za realizację czegoś. Nauczyłem się skupiać tylko na tym, co faktycznie w moim przekonaniu ma szansę dużego powodzenia. Nauczyłem się oddzielać ziarno od plew. Nauczyłem się poświęcać czas tylko temu, co warte jest tego czasu.

Jednocześnie zaś uświadomiłem sobie, że nie chcę robić tylko jednej rzeczy. Że chcę rozwijać kilka projektów. Czasem to oznacza jedną dużą rzecz, która pochłania 90% mojej uwagi i kilka mniejszych, a czasem to oznacza, że proporcje te będą bardziej wyrównane. Ale jednak jest tych rzeczy kilka.

I stąd ostatecznie wziął się pomysł na 530.ventures. Coś co ja nazywam wehikułem inwestycyjnym. Aczkolwiek ów wehikuł bardziej trafnie byłoby określić znanym ze świata VC i/lub startupów: venture buildingiem.

Ja jednak pozostanę przy swoim. 530.ventures jest wehikułem, który pozwala inwestować czas i pieniądze w projekty, które mają szansę zrewolucjonizować wiele różnych obszarów naszego życia. W ramach 530.ventures rozwijane są i będą projekty, które za chwilę digitalizować zaczną całe branże.

Taki jest plan.

PS. Czy projekty ze stajni 530.* będą jedynymi, w które będę inwestował czas? Pewnie nie, zresztą wystarczy spojrzeć na genezę nazwy 530.ventures. Wajcha z czasem dalej jest oczywiście przesunięta w kierunku PayLane’a. Ale w końcu poczułem, że moje twórcze ADHD zaczęło mieć dom.


Wpis oryginalnie opublikowany na blogu 530.ventures.

Chcesz dostawać więcej interesujących treści?

Dołącz do ponad tysiąca osób zainteresowanych tematyką przywództwa, budowania biznesu, transformacji cyfrowej i zarządzania zmianą.

%d bloggers like this: