Karol Zielinski : Z dziennika pewnego człowieka.

Jedyny prawdziwy lider, jakiego spotkałem w swoim życiu

Są w naszych rodzinach osoby, które cenimy i ceniliśmy. Są też osoby, które zyskują w naszych oczach – wręcz niebywale – wraz z wiekiem. Naszym wiekiem w szczególności.

Kilka lat temu zmarł mi dziadek. Osoba, którą darzyłem szacunkiem i miłością. Osoba, którą nie tylko lubiłem, ale z czasem i podziwiałem.

I choć nigdy mu tego tak naprawdę nie powiedziałem, mam nadzieję, że choć trochę wiedział o tym, jak wiele dla mnie znaczył. Ja tego wtedy nie wiedziałem. Zbyt byłem zajęty byciem młodym, by zdać sobie z tego sprawę. I zbyt byłem głupi, by mu o tym kiedykolwiek powiedzieć.

Liderów można definiować na wiele sposobów. Ja zresztą też mam własną definicję lidera. I można kłócić się latami o to, czy konkretny Nowak tym liderem jest, czy też nie.

Mój dziadek nim był.

I pewnie, że nie zarządzał nigdy nie wiadomo jak wielkimi firmami. Pewnie, że nie dorobił się nigdy nie wiadomo jakiego majątku. Pewnie, że nie pozostawił po sobie spuścizny, której świat by nie zapomniał.

Dla mnie jednak, i przede wszystkim dla mnie, prawdziwym liderem był.

Był pierwszym dorosłym człowiekiem, u którego widziałem prawdziwą pasję. I mimo, że żadną ze swoich pasji mnie nie zaraził, to jednak zaraził mnie samą wizją posiadania pasji i poświęcania się jej w wolnej chwili.

Był człowiekiem, który nie dość, że postawił na bycie inteligentem, to dalej wraz z upływem lat, umysłowo rozwijać się chciał. Był człowiekiem, u którego książki nie służyły za podstawki pod kwiatki i który je czytał, zamiast się nimi chwalić.

Był człowiekiem, który pokazał mi, że warto być z natury spokojnym, często wręcz flegmatycznym. Że świat może się kręcić według własnego tempa, że ludzie wokół mogą mieć miliony głośnych wizji, ale poprzez spokój i konsekwencję osiąga się więcej.

Był człowiekiem, który jednocześnie zdenerwować się potrafił. Który pokazywał, że czasami warto się po prostu wkurzyć. Ale też, że warto równie szybko o tym zapominać.

Był człowiekiem, który pokazywał, że nie zawsze zwycięstwo jest najważniejsze. Który potrafił pójść na kompromis, znaleźć konsensus, zawrzeć „ugodę”. Wielu by powiedziało, że był człowiekiem, który potrafił przegrać. Ja bym powiedział, że był człowiekiem, który potrafił dopatrzeć się najlepszego rozwiązania spośród dostępnych na stole i na nie właśnie przystać.

Był człowiekiem, który żywo i bezinteresowanie interesował się spędzaniem czasu ze swoją rodziną, wnukami. Tak po prostu, bo chciał. Nie dlatego, że musiał. Nie dlatego, że rodzina, więc powinien. Po prostu chciał.

Był człowiekiem, który zechciał mi pokazać kawałek własna świata z przeszłości. Który, gdy tylko dowiedział się, że wybieram się na studia do Gdańska, kupił dwa bilety na pociąg i zabrał mnie do Trójmiasta, by mi o nim opowiedzieć, z własnej sprzed wielu lat perspektywy.

Był człowiekiem, który własnym dzieciom, czy wnukom oddałby wszystko. Co też zresztą wielokrotnie czynił.

Był człowiekiem, który mimo już mocno podeszłego wieku, gdy dowiedział się, że zostałem ojcem, przejechał kilkaset kilometrów, by poznać moją córkę.

Był człowiekiem, który podawał mi rękę w chwilach zwątpienia i nadzieję, gdy była mi ona potrzebna.

Był człowiekiem, co do którego wiedziałem, że zawsze mógłbym na niego liczyć. Pokazał to gdy tylko się urodziłem, przez pierwsze lata mojego życia, jak i wiele razy później. Gdzieś chyba podskórnie wiedziałem, że bez względu na wszystko był i byłby w pobliżu, gdybym tylko tego potrzebował. I że trzymał za mnie kciuki zawsze. A gdyby tylko miał mi się kiedykolwiek świat zawalić, byłby przy mnie, ażeby pomóc mi go odbudować.

Był w końcu człowiekiem, którego niestety zapomniała już historia, ale którego nigdy nie zapomnę ja.



Subskrybuj:

%d bloggers like this: