Po polsku

Frekwencja a demokracja

Mam nieodparte wrażenie, że nadrzędnym celem polityków powinno być ciągłe i bezustanne zwiększanie frekwencji wyborczej. W końcu im wyższa frekwencja, tym mocniejsza demokracja.

Cieszy mnie gdy widzę, że 50%+ uprawnionych do głosowania poszło do urn. Jeszcze bardziej jednak by mnie cieszyło gdybym widział wynik na poziomie 60%, 70%, 80%.

Pamiętam pewną anegdotę słyszaną stosunkowo często w czasach pierwszego zwycięstwa PiSu lata temu. Większość osób, które nie dowierzało wtedy w to, co się stało, opowiadało dookoła: „PO przegrało ponieważ ich wyborcy byli tak pewni zwycięstwa, że nawet nie chciało im się iść do wyborów. Z kolei wyborcy PiSu chcieli spróbować wesprzeć swoich i do tych wyborów poszli. I tak jak w Polsce więcej było zwolenników PO, tak wśród osób głosujący więcej było tych za PiSem”. Ile w tym prawdy nie wiem. Wiem natomiast, że jest bardzo wiele słuszności w tej logice. I że logika ta jest bardzo niebezpieczna dla każdego demokratycznego państwa. Taka logika powoduje bowiem, że reprezentują nas w sejmie i stanowią prawo osoby, niekoniecznie cieszące się poklaskiem większości.

Nie twierdzę oczywiście, że tak jest teraz. PiS wygrało zasłużenie w ostatnich wyborach i wyraźnie widać, że stoi za nimi największa grupa uprawnionych do głosowania osób (w mojej subiektywnej ocenie).

To na czym by mi jednak zależało, to zobaczyć, że politykom naprawdę zależy na zwiększaniu frekwencji wyborczej. By w przyszłości nie było sytuacji, że o wszystkich decyduje mniejszość.

A jak to zrobić? Zwiększając dostęp do wyborów. Upraszczając je. Digitalizując. Wkładając nam je do urządzeń, które wszyscy posiadamy. Opowiadanie „idź do wyborów, bo to czy tamto” spowoduje, że jeden czy drugi zwolennik przemawiającego się do urny wybierze. Ale by faktycznie większość przemówiła, trzeba sprawić, aby zagłosować mógł każdy. Z dowolnego miejsca na świecie, niekoniecznie ruszając się ze swojego miejsca zamieszkania, w przerwie między kościołem, a obiadem, na spacerze z dzieckiem w lesie, pomiędzy zajęciami na uczelni, w trakcie lunchu w pracy.

Skoro dowód osobisty możemy mieć w telefonie, skoro dużą cześć życia możemy w świecie wirtualnym spędzać, to dlaczego głosować w wersji zdigitalizowanej nie możemy?

Nie wiem czy są obecnie prowadzone jakieś prace w tym kierunku. Jeśli są, to zdecydowanie za wolno. Jeśli nie są, to należy je jak najszybciej rozpocząć. Powinny one się toczyć szybko, sprawnie, dynamicznie. Powinno się o nich mówić. Nic bowiem nie wzmocni tak legitymacji naszych politycznych reprezentantów jak duża ilość oddanych na nich ważnych głosów.

%d bloggers like this: