Miesiąc: Styczeń 2020

All articles

Mam w domu dwa urządzenia głosowe w stylu smart, assistant, czy jakkolwiek inaczej: Alexę i Google Home.

I tak jak przez pierwszy, dłuższy okres ich posiadania (w szczególności Alexy), nie widziałem większego sensu w robieniu z nimi czegokolwiek więcej poza traktowaniem ich jako głośnik dla Spotify’a, tak od pewnego czasu mi się to zmieniło.

Konkretnie od pewnego dnia, w którym zacząłem interesować się mocniej tym jak moja córka korzysta ze swojego telefonu. Nie w co gra, z jakich aplikacji korzysta, czy co ogląda, ale faktycznie JAK z tego wszystkiego korzysta.

I wtedy mnie olśniło: głosowo. Korzysta z tych samych aplikacji, czy narzędzi. Ale nie wyklikuje na nich funkcjonalności, nie pisze tekstu, po prostu mówi. Gdy czegoś szuka, odpala google’a, klika w mikrofon na stronie i dyktuje frazę do wyszukiwania. Gdy „pisze” do koleżanki SMSa, nagrywa wiadomość głosową i ją wysyła (a koleżanka „odpisuje” swoją wiadomością głosową). Gdy włącza muzykę, mówi „play Katy Perry”. Korzysta dokładnie z tych samych narzędzi co ja, ale w zupełnie inny sposób.

Spróbowałem tego samego. Zacząłem częściej korzystać z głosu. Włączyłem Siri w telefonie i iPadzie. Zacząłem częściej korzystać z moich domowych asystentów głosowych. Mało tego, od jakiejś dłuższej chwili mam rękę w gipsie, w dodatku prawą, a co za tym idzie – mam problem z pisaniem. Dowiedziałem się więc o możliwości dyktowania tekstu w iPhonie. I mało tego, dowiedziałem się, że działa to całkiem nieźle. I zacząłem z tego korzystać. Do pisania maili, do pisania SMSów, do zapisywania wszystkiego, co wcześniej zapisywałem przy pomocy klawiatury.

I mi się spodobało.

Korzystanie z interfejsów głosowych mi się spodobało. I to bardzo.

Jest wygodne, szybkie, bezkolizyjne.

Już rozumiem skąd taki boom na interfejsy głosowe w Azji. Już rozumiem skąd taki boom i wzrost tego rynku na świecie. Już rozumiem czemu dzieci w ten właśnie sposób, a nie po staremu, korzystają z urządzeń mobilnych.

What’s the next big thing? Audio, Panie i Panowie.

Czy można pracować nad więcej niż jednym projektem biznesowym, produktem, biznesem jednocześnie? No więc tak.

Praktycznie całe moje życie zawodowe kręciło się wokół więcej niż jednego projektu jednocześnie. Multitasking? Tak. W pewnym sensie tak. I wiem, że multitasking jest zły. Ale jakoś specjalnie nigdy mi to nie przeszkadzało.

Raczej traktowałem to jako higienę umysłu – creative outlet powiedziałbym dzisiaj. To, że wieczorem siadałem do innego projektu, pozwalało mi się odciąć psychicznie od mojego codziennego projektu#1. Czasem był to projekt bardziej kreatywny (książka, podcast, film, blog), czasem projekt bardziej prywatny (organizacja dużego wyjazdu, remont roweru), a czasem projekt czysto biznesowy.

I osobiście uważam, że nie ma w tym nic złego. W czasach gdy pracowałem na etacie, czy prowadziłem własny software house, po godzinach rozwijałem inne projekty (były choćby takie projekty jak bmdoc, bmorgz, tspot, czy ktotaki). Za czasów PayLane’a były choćby develway, dazavi, squidility, 5am, czy teraz wszystko to co jest pod strzechą 530.ventures).

I co? Udały się te projekty? Czasem tak, czasem nie. Część z nich zamknąłem, część sprzedałem, część istnieje dalej i prowadzę do dziś.

To jest zresztą sposób budowania biznesu, jaki preferuję. Najpierw tworzysz coś jako side-project, po godzinach, mając bezpieczeństwo pochodzące ze stałego źródła przychodu. A dopiero gdy ten side-project okazuje się być czymś nad czym chcesz pracować i mającym odpowiednio duży potencjał biznesowy (lub inny), warto się na nim skupić mocniej. Dopiero wtedy warto myśleć o tym jak z tego czegoś zbudować faktyczne, większe COŚ.

Ostatnie dwa miesiące były dla mnie najaktywniejszymi urlopowo miesiącami w moim życiu.

Na przełomie listopada i grudnia zwiedziliśmy odpowiednio Wietnam, Kambodżę i Tajlandię. Wszystko za jednym wyjazdem. Niemal 3 tygodniowym. W życiu nie miałem takiego długiego urlopu.

Później były Święta, Nowy Rok, znowu jakieś święta.

Następnie wyjazd na snowboard, na niecały tydzień.

Następnie wyjazd do hotelu ze spa na cztery dni.

W życiu takiego maratonu urlopowego nie zrobiłem.

Wyjazd azjatycki: istne szaleństwo. Nieskończona liczba miejsc, lotów, smaków, doznań, przeżyć, zapachów. Wróciliśmy szczęśliwi. Wykończeni fizycznie, dobrze zresetowani psychicznie.

Wyjazd na snowboard: aktywnie, stok, zjeżdżanie, podjeżdżanie, zjeżdżanie. Wykończony fizycznie, zresetowany psychicznie.

Wyjazd do hotelu ze spa: dokładnie odwrotnie. Wróciliśmy zrelaksowani fizycznie, lekko przygnieceni psychicznie. Zbyt często jednak w takim jacuzzi z nudów myśli się o nowych pomysłach dookoła biznesowych. Z nudów też się czasem jakiegoś maila sprawdzi, czy inny komunikator.

Jaki z tego wniosek? Nie długość wyjazdu się liczy. Nie miejsce wyjazdu się liczy. Liczy się sposób spędzania tego czasu. Aktywnie, czy leniwie? To od tego jak spędzisz ten wolny czas zależy czy odpoczniesz, czy też nie. I to czy odpoczniesz fizycznie, czy też psychicznie. Nie ma bowiem lepszego czy gorszego wyjazdu, czy sposobu na spędzenie czasu. Czasem potrzeba tego, czasem czegoś innego.

Aha, jest jeszcze jeden wniosek: taki nawał wyjazdów, nawet urlopowych, najzwyczajniej w świecie męczy. Nie polecam. Między podróżami potrzeba przerwy na zaczerpnięcie powietrza.

Excel. To taki swoisty twór doskonały. Wszystko przyjmie, na nic się nie obrazi, wyliczy, przekaże dalej, wyświetli, uświadomi rzeczy, o których nie mieliśmy pojęcia, potwierdzi tezy, odrzuci inne.

Gdy jednak przychodzi nam często go uzupełniać, zbyt często serwować mu wsad o tej samej strukturze, do tych samych komórek, wtedy staje się on raportem. Cyklicznym raportem.

A excel jest wrogiem raportów. Najgorszym wręcz wrogiem.

Raporty należy automatyzować. W pełni automatyzować, by działały i generowały się same, absolutnie bez żadnej pracy człowieka.

Największym moim odkryciem ostatnich nastu miesięcy jest bez wątpienia coś, co wydaje się być rzeczą bardzo oczywistą. Naturalną wręcz.

Ja jednak sam uświadomiłem sobie to, a może lepiej by było powiedzieć: unaoczniły to sobie dopiero po przeczytaniu książki Sapiens, autorstwa Yuval Noah Harari.

Mówię tu o tym, czym są w rzeczywistości „twory” nas otaczające, nie będące naturalnymi elementami wszechświata, a które są jednak tak właśnie przez nas traktowane. Firmy, spółki, korporacje… państwa. Przywykliśmy już do tego, że mieszkamy w mieście X i kraju Y. Że pracujemy w firmie Z. Przywykliśmy już do tego, że coś tak nienamacalnego jak firma, może mieć nawet osobowość. Osobowość prawną. Że firmę możemy pozwać do sądu, że firma ma swoje własne podatki, że ma swoje „miejsce zamieszkania”, że ma swoje pieniądze. Tak jakby była jednym z nas. Jakby była innym człowiekiem. Albo zwierzęciem, albo chociaż jakąś istotą żywą. W rzeczywistości jednak nie jest ona nawet częścią przyrody nieożywionej.

Firma, czy choćby państwo, jest wytworem naszej wyobraźni. Czymś na co się umówiliśmy, że jest i istnieje.

Swoją drogą, to jest ponoć coś, co wyróżnia nas – ludzi – na tle wszystkich zamieszkujących naszą planetę zwierząt. To, że sobie coś wymyślamy. I że gdy już to sobie wymyślimy, to w to wierzymy, wokół tego czegoś się jednoczymy, z tym czymś się utożsamiamy.

Każdemu czasem polecam sobie o tym przypomnieć. O tym, że spółka, w której pracujemy, biznes, który budujemy, mimo swojej osobowości prawnej, tak naprawdę jest po prostu swoistym wytworem naszej wyobraźni. I gdyby opowiedzieć o niej swojemu psu, kotu, czy innemu napotkanemu niedźwiedziowi – ten pewnie spojrzałby na nas z politowaniem i odszedł w siną dal. Takie postawienie sprawy naprawdę zmienia optykę.


PS. Osobiście polecam Sapiensa. Jedna z lepszych książek, jakie czytałem od dawna. Homo Deus też zły nie był, ale Sapiens bije go jednak na głowę.