Po polsku

Rządzenie zza grobu

Lata temu współpracowałem z pewnym managerem. Bardzo dobrym managerem, jednym z lepszych, z jakimi przyszło mi do tej pory współpracować. Człowiekiem, który osiągnął niejeden sukces w biznesie. Człowiek ten jednak miał jedną dość ciekawą przypadłość…

Uważał, że ktoś, kto sam z własnej, nieprzymuszonej woli kończy z nim współpracę, popełnia jeden z największych błędów w swoim zawodowym życiu. I nie mówił tak, żeby mówić lub sprawiać jakieś wrażenie. Szczerze w to wierzył. Był tak przeświadczony o swojej wielkości i byciu one and the only successful person out there, że każdego, kto ośmielił się z nim pożegnać, traktował jak już przegranego. Nieważne gdzie odchodził, co miał robić dalej, z kim współpracować, nad czym pracować. Odchodzi, więc mu/jej się nie uda.

Przypomniał mi się ów biznesman, gdy czytałem dziś o niedawno zmarłym managerze branży samochodowej stulecia, Ferdinandzie Piechu. Człowiek z ogromnymi sukcesami i oczywiście ogromnym majątkiem. W testamencie, który pozostawił po sobie w dniu śmierci, przepisał ten właśnie majątek na dwie fundacje, za którymi stać miałaby jego żona, Ursula.

Szkopuł jednak polega na tym, że majątek ten miałaby ona stracić gdyby zdarzyło jej się ponownie wyjść za mąż.

Prawnicy komentując tę sprawę, używają sformułowania „rządzenie zza grobu”. Ja skomentuję to inaczej: nie ma co odbierać innym szansy na szczęście. Chce poszukać szczęścia z kimś innym po śmierci swojego partnera? Ma do tego prawo, śmiało niech szuka. A na to czy nadaje się, czy nie, do zarządzania tymi fundacjami, czy majątkiem, niech lepiej wpływ mają obiektywne czynniki jak sukcesy przedsięwzięć za którymi stoi, czy kierunek rozwoju, który obrała.

Podobnie jak w przypadku tego mojego zaprzyjaźnionego managera; w takim czy innym ustawieniu, co za różnica, chcesz poszukać szczęścia w innej biznesowej konfiguracji niż ta, w której żyjesz obecnie – śmiało. A nuż się uda, nie spróbujesz, to się nie dowiesz.

%d bloggers like this: