Po polsku

Pomysł, pomysł… ciągle ten cholerny pomysł

Wciąż słyszę od ludzi, że mają pomysł. I tylko pomysł. Albo pomysłu nie mają. Dlatego nic nie robią, dlatego stoją w miejscu. Srsly? Damn…!

Jakiś czas temu przestałem jeździć po startupowych eventach. Nie dlatego, że przestały mi się podobać. Są ok. Po prostu skupiłem się na czymś innym.

Rozmawiałem jednak ostatnio ze znajomymi i ta rozmowa zmusiła mnie do pewnych refleksji. A konkretniej do powrotu do pewnych wspomnień z niektórych branżowych eventów.

Przypomniałem sobie jak jeździłem po konkursach startupowych albo spotkaniach dla jeszcze-nie-gotowych do podboju świata kiedyś-może przedsiębiorców. Nie było chyba spotkania, które nie kończyło się moją powtarzaną do znudzenia gadką:

– Stary, masz pomysł? Super! To pokaż mi jak go zrealizowałeś.

– Ale jeszcze nic nie zrobiłem.

– A kiedy na niego wpadłeś?

– Jakiś zyliard lat temu. Ale jakoś tak wyszło… no wiesz (i tu były podobne odpowiedzi: nie miałem ekipy, która mogłaby to zrobić; nie miałem czasu, bo praca, rodzina, studia, whatever; jeszcze się nie przekonałem czy na pewno to się da zrobić; albo czy dam radę to zrobić)

Fuck!

Są dwa rodzaje kiedyś-może przedsiębiorców (tfu!) startupowców znaczy się

Pierwsi to ci, którzy mają pomysł, ale go nie realizują, bo…

Drudzy to ci, którzy szukają innowacji…

Inni albo nie mają pomysłów (srsly?!), albo nie narzekają, tylko działają. Pogadajmy jednak o tych dwóch kiedyś-może przedsiębiorcach.

Mam pomysł na startup. Jest genialny, ale jeszcze nie zacząłem go realizować

Milion razy już powtarzałem tę historię, ale powtórzę ją po raz kolejny, bo opędzić się od niej najwidoczniej nie potrafię.

Byłem raz na spotkaniu organizowanym przez pewien fundusz inwestycyjny. Uczestniczyłem w nim w formie eksperta, czy kogo tam się sadza przed wszystkimi, by wymądrzał się jakby nie wiem co osiągnął.

Gadka, szmatka. Było miło. Biadolenie przez mikrofon się skończyło, nastał czas rozmów kuluarowych. Podchodzi do mnie człowiek, którego skądś znałem. Nie wiem nawet skąd, ale pamiętałem, że był programistą. A przynajmniej coś z programowaniem miał wspólnego.

Zagaduje i mówi (sparafrazuję teraz trochę i zmienię lekko parę rzeczy, bo opowiadanie w kółko tej samej historii staje się nudne):

– Mam pomysł, genialny pomysł, który usprawni pracę filmowców na całym świecie. Taki dodatek do jednego z programów, z którego wszyscy przy montażu filmów korzystają. Dzięki niemu wszyscy ludzie, którzy kiedykolwiek próbowali montować filmy będą mnie całowali po stopach, bo ich życie stanie się prostsze. Będą w stanie montować filmy szybciej, a ich jakość będzie lepsza niż kiedykolwiek wcześniej.

– Super! – mówię – Pokaż.

– Aaaaaale nie mam, nie mam jeszcze. To jeszcze nie jest gotowe. – odpowiada zakłopotany tak, jakbym go właśnie przyłapał na czymś, o czym wspominać publicznie nie wypada

– No to pokaż co masz. Jakiś prototyp, szkice, makiety, cokolwiek.

– Nie mam. Jeszcze nie zaczęliśmy tego robić. Póki co mamy pomysł i chcielibyśmy zacząć go realizować, ale żeby móc coś zrobić potrzebujemy inwestora.

– No dobra, a kiedy wpadliście na ten pomysł?

– Jakieś dwa lata temu.

– Ok, a ilu Was jest?

– Ośmiu.

– Programiści, graficy?

– Tak, mamy cały zespół.

Kurwa! Myślę, bo i nie wypada mi mówić w takiej sytuacji co myślę. Masz człowieku pomysł. Masz zespół, który jest w stanie go zrealizować. Minęły dwa lata. A ty dalej nie masz nic? I chcesz iść do inwestora i powiedzieć mu, że wpadliście na coś dwa lata temu, ale nawet nie zaczęliście tego robić? Masakra jakaś!

No więc teraz znów tego doświadczyłem. Spotkałem się ze znajomymi. Jest ich troje. Jeden człowiek od biznesu, dwóch programistów. Mają pomysł. Pomysł, który zrobi z nich władców. Władców świata na pewno. Galaktyki pewnie też, ale trochę później.

Opowiadają mi o pomyśle. Spoko – podoba mi się.

– No to co teraz? – pytam, ja idiota(!) – Robicie, nie robicie? Kiedy będzie działało?

– No zbieramy ekipę. Musimy to zrobić, więc potrzebujemy ludzi.

Nie zapaliła mi się czerwona lampka – ja, idiota(!) – więc pytam dalej:

– Ale ekipę? Przecież macie wszystko, czego potrzebujecie. Macie kolesia od sprzedaży i biznesu, macie dwóch programistów. Bierzecie na chwilę do projektu grafika, frontendowca i robicie. Przecież nie potrzebujecie nic więcej.

– No tak, ale…

Powód zawsze się znajdzie.

Taka już durna ludzka natura, że powód, by nie robić zawsze znajdzie. Praca na etacie, dom, rodzina, samochód, kredyt, dzieci, urlop pod piramidami… zawsze się coś znajdzie. Bolący palec u stopy lewej nogi będzie też wystarczającym powodem, by nie robić. Dla chcącego nic trudnego. Wyobraźnia potrafi zdziałać cuda w kontekście wynalezienia powodów dlaczego akurat czymś nie powinniśmy się zajmować.

Innowacyjne pomysły

Jest też inny typ kiedyś-może przedsiębiorcy, kiedyś-może startupowca. Typ, który wiecznie szuka innowacji. Innowacyjnego pomysłu. Bo i jakiś koleś w garniturze na spotkaniu dla studentów powiedział, że innowacja to podstawa. Że na innowacje to Unia kasę kładzie, że inwestor to w innowacyjne projekty inwestuje.

Innowacja, innowacja, innowacja… wiecznie ta innowacja. A skąd się bierze innowacja? Zastanawiałeś się kiedyś?

Z pomysłu? W mordę! Myślisz, że jak będziesz leżał pod brzozą, to jabłko spadnie ci na łeb i doznasz olśnienia? Że wpadniesz na pomysł jak wyleczyć tych, którzy chorują na raka? Nie, tak się nie stanie.

Po pierwsze jabłko nie spadnie Ci z brzozy. Aby tak się stało, musisz znaleźć się w odpowiednim towarzystwie. W towarzystwie jabłoni. Albo przynajmniej z kumplem na gałęzi, który wyceluje Ci jabłkiem w głowę.

Po drugie samo leżenie Ci w niczym nie pomoże. Musisz ruszyć się, wstać i działać. Realizować to, co sobie w głowie ubzdurałeś. A jak już leżeć musisz, to chociaż z laptopem na kolanach, robiąc to, co ma podbić zaraz świat.

Jeśli musisz – poczytaj o chłopakach z Brainly, którzy dostali duży zastrzyk $$ na rozwój, by się zmotywować. Oni dostali to za coś, co już działało, co zrobili, co wytworzyli.

Pomysł to tylko pomysł. Pomysł nie może być innowacyjny. Wynik realizacji pomysłu może taki być.

Wiesz skąd się bierze innowacja? Skąd się bierze innowacyjny produkt? Z ciężkiej pracy! Z harówki takiej, po której spać w nocy nie możesz. Z tysięcy godzin przy projekcie i kolejnych tylu w domu, w łóżku, czy w wannie poświęconych na rozmyślaniu o tym, co tu jeszcze zrobić.

Pomysł to tylko pomysł. Jest wart tyle, ile ktoś będzie Ci w stanie za niego zapłacić. A ze świecą szukać tych, którzy płacić chcą za pomysły. Inna sprawa, że nie ma sensu takich ludzi szukać.

Czy Larry Page i Sergey Brin byli pierwszymi, którzy wpadli na pomysł wyszukiwarki internetowej? Oczywiście, że nie! Czy Mark Zuckerberg był pierwszym, który wpadł na pomysł serwisu społecznościowego? Oczywiście, że nie! Czy Richard Branson był pierwszym, który wpadł na pomysł stworzenia wytwórni muzycznej albo linii lotniczej, albo czegokolwiek innego, co weszło w skład jego grupy? Oczywiście, że nie!

Ale już nawet do polskiej, biało-czerwonej piaskownicy wracając… czy Michał Sadowski z brand24 był pierwszym, który wymyślił monitoring marek? Czy Michał Górecki z koszulkowa był pierwszym, który zaczął sprzedawać koszulki? Czy chłopacy z zenboxa byli pierwszymi, którzy zaczęli udostępniać przestrzeń dyskową na strony internetowe? Czy w końcu twórcy Wirtualnej Polski, Onetu, o2, czy innej interii byli tymi, którzy wpadli na innowacyjny pomysł, którego wcześniej nie było? Jasne, że nie! Nie, nie i nie.

Innowacja jest wynikiem ciężkiej pracy. Nie jakiejś urojonej wizji.

Innowacja nie jest warunkiem koniecznym (na pewno też nie jest wystarczającym!), by osiągnąć sukces w biznesie. Można zrobić to samo, co robią już inni. Ale zmienić lekko algorytmy, które za coś odpowiadają; zmienić sposób komunikowania się z użytkownikami; zmienić formę obsługi klienta; zaoferować coś delikatnie innego, niż oferuje konkurencja; spróbować trafić do innej grupy docelowej, ale przede wszystkim… trzeba zagryźć zęby i po prostu zapierdalać.

Możesz zrobić biznes, który już istnieje, który nie jest innowacyjny, gdzie konkurencji jest aż nadto. I dalej osiągnąć niebywały sukces. A przy okazji pracy nad czymś… może też uda Ci się wynaleźć coś innowacyjnego.

Pomysł a inwestorzy

Przede wszystkim nie mógłbym być chyba inwestorem. Wiem, co przeżywam teraz… przychodzi do mnie chłopak i mówi, że chce skorzystać z naszych usług, ale najpierw musimy z nim podpisać NDA. Nie ma nic, ale ma pomysł. I tak bardzo boi się o pomysł, którego nawet jeszcze nie zaczął realizować (pewnie na drugim końcu świata i tak ktoś już go realizuje), że nawet pośrednik płatności, który ma być jego partnerem w biznesie – który bądź co bądź jest zobligowany prawem do tego, by weryfikować klientów przed nawiązaniem z nimi współpracy – nie może wiedzieć co on ma zamiar sprzedawać i komu. Domyślasz się chyba jaką mam minę w takiej chwili…

No ale spróbuję jednak się wyobrazić w roli inwestora, do którego przychodzi młody człowiek z pomysłem na biznes. Innowacyjnym pomysłem, którego oczywiście nie zaczął jeszcze realizować. Podchodzi i mówi, że najpierw mam podpisać NDA, bo inaczej nie będzie ze mną rozmawiał.

Moja pierwsza reakcja: Fuck me!

Moja druga reakcja: Fuck you!

Nie, chyba jednak nie mógłbym być inwestorem.

A czego oczekują inwestorzy?

Bardzo podoba mi się seria wpisów Artura Racickiego z Social WiFi. Zacytuję tylko kawałek całości:

W przypadku biznsów typu SaaS (Software as a Service) – czyli takich, które sprzedają usługę abonamentową, jak chociażby Social WiFi czy Brand24, nikt poważny nie podejmuje rozmów jeśli miesięczny powtarzalny (recuring) przychód nie przekracza 10 000 USD – przy takim przychodzie można walczyć o wycenę firmy pomiędzy $1 a $3 mln (tzw. pre money evaluation), a w przypodku przychodu miesięcznego od $ 100 000, można uzyskać wycenę pomiędzy $10 a $30 mln.

Czyli krótko: najpierw harówka, najpierw praca, najpierw kasa. Później inwestor.

… i nie mniejsza harówka.

[1]

  • Filip Kowalczuk

    Niezły artykuł. Od siebie polecę genialną książkę. Jest na http://pieniadzenastartup.pl
    Kto nie czytał to nadal stoi w miejscu, tak sądzę.

%d bloggers like this: