Po polsku

15 ciekawostek na temat Gruzji, o których nie wiedziałem przed wyjazdem

Gruzja jest krajem nie aż tak trudno dla nas – Polaków – dostępnym. Choćby ze względu na dobre i tanie połączenia lotnicze. I widać to choćby po ilości naszych rodaków na gruzińskiej ziemi.

Nie trudno znaleźć informacje na temat Gruzji w sieci. Na YouTubie jest mnóstwo filmów ludzi, którzy Gruzję zwiedzili. Masa blogerów opisywała swoje przygody z tego kraju. Mam wrażenie, że każdy z nas przynamniej zna kogoś kto w Gruzji był i ma na jej temat jakieś zdanie.

Ja też kilka takich osób przed wyjazdem znałem. Sam jednak w samej Gruzji, ani jej okolicach nigdy nie byłem. Na wszelki wypadek też nie rozmawiałem ze znajomymi, którzy już ten kraj odwiedzili. Chciałem poznać ją po swojemu, nie przyglądać się jej przez pryzmat opowieści i spostrzeżeń innych osób.

Oczywiście przed samym wyjazdem trochę o niej poczytałem, trochę się o niej dowiedziałem, co nieco obejrzałem. Jednak celowo – były to raczej informacje praktyczne, nie konkretne spostrzeżenia konkretnych osób (przed wyjazdem dowiadywałem się więcej na temat obowiązującej w Gruzji waluty i kwestii wymiany pieniędzy, na temat środków transportu, ciekawych miejsc, wartych zobaczenia, języka).

I wydaję mi się, że dobrze zrobiłem. Bowiem dzięki temu miałem swego rodzaju świeże spojrzenie na to wszystko, co mnie tam otaczało. Wyłuskałem też z wyjazdu kilka ciekawostek na temat Gruzji, o których warto wiedzieć.

Słowem wstępu

Jechaliśmy do Gruzji we dwójkę. Mój kumpel i ja. Dwóch facetów. Plan był dość prosty: konkretnego planu nie mamy. Chcemy zobaczyć jak najwięcej, przeżyć jak najwięcej. Cieszyć się wyjazdem, który nie miał być typowym turystycznym urlopem.

Zaznaczyliśmy więc na mapie kilka punktów wartych odwiedzenia; ustaliliśmy, że w ciągu dwóch tygodni chcemy dotrzeć nad dwa morza (Kaspijskie w Azerbejdżanie i Czarne w Gruzji) i… tyle. Nie wiedzieliśmy jak się w poszczególne miejsca dostaniemy, nie wiedzieliśmy gdzie będziemy nocować, nie wiedzieliśmy gdzie będziemy jeść i czy na pewno zobaczymy to, co chcieliśmy zobaczyć. Zapakowaliśmy więc dwa kilkudziesięcio litrowe plecaki, namiot, śpiwory i pojechaliśmy.

Z początkiem października.

Pogoda w Gruzji

Pogoda w Gruzji jest podobna do polskiej. Kilka stopni różnicy w jedną lub w drugą stronę. Oczywiście to też zależy od regionu. Podczas wyjazdu zaliczyliśmy dosłownie cztery pory roku. Bardzo ciepłe Batumi ze słońcem od rana, deszczowe Tbilisi, zimowy Kazbek, gdzie spaliśmy w namiocie przy temperaturze na minusie.

Generalnie jednak jest podobnie. Jesień w Polsce oznacza też jesień w Gruzji. Może delikatnie mniej deszczowo, nie tak szaro, ale jednak dalej jesień.

Polacy w Gruzji

O kwestii Polaków w Gruzji słyszałem przed wyjazdem dwie rzeczy. Po pierwsze, że Polaków jest tam bardzo dużo. Po drugie, że Gruzini Polaków uwielbiają (choćby z uwagi na wstawiennictwo Lecha Kaczyńskiego z czasów wojny z Rosją).

Pierwsze prawdą nie jest. Drugie trochę tak, ale też przez przesady.

Pierwszych Polaków (oczywiście nie licząc tych, którzy lecieli z nami samolotem z Polski) spotkaliśmy w Kazbegi (Stepancminda), ponad tydzień po wylądowaniu w Gruzji i objechaniu już niemal całego kraju. I tak jak wcześniej ani jednego Polaka nie spotkaliśmy, tak tu było ich całe mnóstwo. Rozmowy po polsku słychać było wszędzie tam, gdzie tylko się zapuściliśmy.

Gruzini Polaków uwielbiają? Szczerze, nie zauważyłem. Moim zdaniem mają do nich stosunek w porządku, pozytywny. To nie jest tak, że noszą ich na rękach (bo i czemu by mieli!), ale też nie jest tak, że gdy słyszą o Polsce i Polakach to odwracają wzrok i odchodzą. Jest miło. Starają się zagadywać i w jakiś sposób do Polski nawiązać. Lubią się chwalić znajomością jakiegoś bardziej znanego Polaka (ani jeden spotkany przez nas Gruzin nie wspomniał o Lechu Kaczyńskim), jakimś polskim słowem, czy zwrotem grzecznościowym, miejscem, miastem, czy klubem sportowym.

Z ciekawostek: bardzo dużo Gruzinów w Polsce było i pracowało (a przynajmniej tak mówiło) lub mają kogoś bliskiego kto w Polsce był i pracował. Oraz ciekawostka numer 2: uwielbiają piłkę nożną. I to do tego stopnia, że są w stanie jednym tchem wymienić z 10 polskich piłkarzy, czy opowiedzieć o sukcesach polskiej piłki sprzed kilkudziesięciu lat. Najbardziej jednak w pamięci utkwił mi pewien taksówkarz z niewielkiego Gori, który był w stanie bez większego problemu wymienić nazwy 15-20 polskich klubów piłkarskich, w tym klubów spoza Ekstraklasy. Wow!

Język w Gruzji

Tu nie będę specjalnie odkrywczy. Gruziński i rosyjski. Tylko. Ewentualnie mieszanka gruzińskiego, rosyjskiego i „migowego”, co my dość często uprawialiśmy.

Po angielsku mówi bardzo mało osób. Ani młodzi, ani starsi. Zdarzyło nam się dogadać w 2-3 miejscach po angielsku. W pozostałych miejscach gruziński i rosyjski (również w bankach, w sklepach, czy na dworach).

Jedzenie

Wielokrotnie słyszałem jakie to wspaniałe jedzenie mają w Gruzji. Widywałem je przed wyjazdem na filmach, czy zdjęciach. Jedzenie gruzińskie to było zresztą jedna z tych rzeczy, których nie mogłem się doczekać przed wyjazdem. Miało być mało zdrowo, miało być dosyć tłusto i niesamowicie smacznie. Miało być jajecznie, miało być mącznie, mięsiście. I tak było… ale z tą smacznością bym nie przesadzał. Jakoś bardzo dobre to jedzenie po prostu nie jest.

Nie licząc posiłków, które robiliśmy sobie sami, przez cały pobyt jadaliśmy w lokalnych gruzińskich restauracjach, jak i w miejscowych domach (na pokojach). I było ok. Tylko ok.

Zdecydowanie najlepsze jedzenie w restauracji jakie jedliśmy było w Chinebuli w Gori (mają tam parę rzeczy, których szukaliśmy też w innych miejscach – nigdzie ich nie było; warto więc zapytać o ich lokalne specjały). Reszta restauracji, knajp i lokali była średnia, gdziekolwiek byśmy nie byli.

Najważniejsze lokalne dania (przynajmniej te, które my spróbowaliśmy):

  • Chinkali (gruzińskie pierogi) – niezłe, podawane z różnymi dodatkami. Najczęściej z mięsem (te były zawsze i wszędzie, i jedli je dosłownie wszyscy), ale też zdarzyło nam się próbować takie z serem, czy grzybami
  • Chaczapuri – drugie danie, które jest po prostu wszędzie. Coś jakby chleb, coś jakby pizza. Całkiem smaczne i praktycznie wszędzie dostepne. Szczególnie z serem.
  • Chaczapuri adżarskie – coś jakby chaczapuri, ale z jajkiem w środku. Wyglądające rewelacyjnie, smakujące całkiem fajnie (a mówię to jako przeogromny fan jaj i sera wszelkiego rodzaju)
  • Lobio, adżapsandali i im podobne – takie dania w stylu z czegokolwiek co jest pod ręką; czasem bardziej przyprawione, czasem mniej; czasem bardziej pikantne, czasem mniej; czasem smaczniejsze, czasem mniej
  • Churchele – nie miałem pojęcia o istnieniu tego smakołyku wcześniej; w drodze z Tbilisi do Batumi zatrzymaliśmy się na chwilę przy drodze i zauważyłem to coś na straganie. Nie wiedziałem co to, a że i dogadać się ze sprzedawcą nie mogłem, to wziąłem po prostu na spróbowanie. A później przez piętnaście minut przeglądałem Internet w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie cóż to za ustrojstwo. W końcu się dowiedziałem: gruziński snickers! Czyli orzechy zatopione w kisielu. Uwielbiam orzechy, więc po chwili wykumałem jak to jeść (pierwszy gryz nie należał do najprostszych, póżniej już było z górki) i… okazało się całkiem smaczne
  • Chleb gruziński – tam się nie kupuje zwykłego chleba, dostępnego wszędzie indziej; chleby wypieka się w glinianych piecach i samym smakiem, jak i wyglądem różni się znacznie od „naszego”. Jest cieńszy, bardziej podłużny, znacznie dłuższy, bardziej chrupiący. Łatwiej się łamie, czy rwie rękoma. Całkiem smaczny, szczególnie świeżutki (jeśli jest taka możliwość – bardzo polecam obejrzeć jak wygląda proces wypiekania takiego chleba)

Ceny i pieniądze

Płaci się oczywiście lokalną walutą gruzińską (1 lari = ~1.30 PLN w czasie naszego pobytu). W wielu miejscach można też płacić euro i dolarami. Nie próbowaliśmy jednak, gdyż słyszeliśmy o dziwnych przelicznikach stosowanych przy takich transakcjach.

Nie ma większego problemu z wypłacaniem pieniędzy z lokalnych bankomatów (wypłacałem ze swojego konta EUR w mBanku i nie płaciłem nic za wypłatę, a przelicznik był całkiem niezły). W wielu miejscach można też bez większego problemu zapłacić kartą.

Kantorów jest bardzo, bardzo dużo. W szczególności w większych miastach jak Tbilisi (są wszędzie!), czy Kutaisi. Ale też były w Gori, Batumi, czy przy granicy z Azerbejdżanem. Generalnie większego problemu z zamianą euro, czy dolarów na lari nie ma nigdzie. Kurs jest wszędzie bardzo podobny. Trzeba tylko uważać na dodatkowe prowizje kantorów (kilka procent). Często na szyldach tych kantorów można zobaczyć, że commission u nich wynosi X, a gdzie indziej, że jest no commission. Oczywiście polecam zwracać na to bacznie uwagę i szukać tych drugich.

Ceny są zbliżone lub niższe od polskich. Zbliżone są ceny większości produktów w sklepach. Niższe są np. ceny w restauracjach (za 9-10 zł można zjeść całkiem spory obiad z napojem), czy noclegi (w zależności od wygody jakiej oczekujemy ceny są różne, ale w zdecydowanej większości przypadków będzie taniej niż w Polsce).

Znacznie niższe są za to ceny transportu. Samo paliwo jest dużo tańsze, pociągi również. Marszrutki są bardzo tanim środkiem transportu. O dziwo taksówki również mogą takie być (kwestia dogadania się z kierowcą). W samolocie do Gruzji poznaliśmy na przykład Polaków, którzy planowali przebyć trasę Kutaisi – Tbilisi – Erywań taksówkami właśnie. I cena ich jakoś nie przerażała (a ilość kilometrów jest jednak ogromna).

Transport

Poruszanie się po Gruzji jest bardzo proste. Można dostać się praktycznie wszędzie, mając do wyboru 1-2 środki transportu. Testowaliśmy niemal wszystko (poza swoim, czy wypożyczonym samochodem). Jeździliśmy w Gruzji stopem, marszrutkami, taksówkami i pociągami. Chodziliśmy też wiele na piechotę. Były też autobusy, czy metro w Tbilisi.

Generalnie poruszanie się po kraju jest łatwe i tanie. Na krótszych trasach zawsze się coś znajdzie, co nas zawiezie na miejsce. Na dłuższe trasy marszrutki i pociągi sprawdzają się bardzo dobrze.

Marszrutki są tańsze i dłużej jadą, ale są też przy tym mniej wygodne i czasem nie wiadomo czego się po nich spodziewać (np. zatrzymają się na środku ulicy, bo coś przestało w nich działać; każą ci się przesiąść z jednej marszrutki do drugiej gdzieś po środku trasy, bo stwierdzą, że jednak za mało ludzi mają w środku i nie opłaca im się dalej jechać; czy też w końcu kierowca zrobi sobie godzinną przerwę w trakcie trasy, bo zgłodnieje i pójdzie na obiad).

Pociągi są trochę droższe (dalej tańsze niż w Polsce), ale za to są wygodniejsze i szybsze. A jak robimy dłuższą trasę (np. Tbilisi – Batumi), to można złapać nocny pociąg i przespać się na prawie nawet wygodnym łóżku w pociągu.

Taksówki są w miarę tanie i zawiozą nas wszędzie (kilometr trasy ok; podwózka do innego kraju też jest spoko). Do tego taksówkarze są wszędzie i taksówką może być wszystko (czy oznaczone jako taksówka, czy też kompletnie ‚cywilne’ auto). Oczywiście odradzam nachalnych taksiarzy przy lotniskach, czy dworcach. Jest ich bardzo, bardzo dużo. A przy tym kasują bardzo dużo pieniędzy (nacięliśmy się na jednego przy lotnisku w Kutaisi). Spotykanie tych ludzi było za każdym razem niemiłym doświadczeniem. Normalni taksiarze są dużo lepsi. Można też się często z nimi dogadać na jakąś konkretną stawkę za przejazd, czy przejechanie przez jakieś miejsce, w które nie mają specjalnie dużej ochoty jechać (i zatrzymanie się w nim). Można się też zawsze dogadać tak, że jak znajdziemy im jeszcze jednego, czy dwóch klientów, to my pojedziemy taniej. A przy tej okazji też można poćwiczyć swoje umiejętności sprzedażowe i poznać ciekawych ludzi. Sprawdzone, polecam.

Ludzie

Ludzie są mili i uczynni. Próbują się z tobą porozumieć zawsze, próbują też zawsze pomóc. Nawet jeśli nie mówisz po gruzińsku, czy rosyjsku i czeka was konwersacja polegająca na pokazywaniu dziwnych niby-to-migowych znaków swoimi kończynami, w połączeniu z wypowiadaniem słów w języku tylko tobie dobrze znanym. Gruzini po prostu są uczynni i – w większości – mili.

Do czego my osobiście musieliśmy się przyzwyczaić to zachowanie wielu z nich. Gdyż to w połączeniu z ich kaukazką urodą budowało w nas na początku swego rodzaju barierę. Gruzini są po prostu ekspresyjni, ruchliwi, wymachujący rękoma we wszystkie strony. A przede wszystkim też głośni i bardzo często krzyczący (chyba tak po prostu mówią). A przez nasze głupie polskie stereotypy na temat ludzi z ich urodą, gdy widzimy takie zachowanie – mamy swego rodzaju dyskomfort. Który na szczęście jednak mija po kilku dniach pobytu, gdy okazuje się, że są to niesamowicie fajni ludzie.

Z mniej fajnych, to tylko niektórzy kierowcy marszrutek (czy ich szefowie i naganiacze). Nie wiemy ile w tym prawdy, ale wydawało nam się, że na miejscu można spotkać dwa rodzaje marszrutek: publiczne/normalne i prywatne. Wyglądem nie różnią się znacząco od siebie. Te drugie jednak my nazywaliśmy mafijnymi. Przez dobrze zorganizowane struktury w nich panujące (kierowcy, naganiacze, szefowie, skarbnicy przejmujący kasę itp) oraz sposób naganiania klientów. Gdy już się taki przyssa, to ciężko go od siebie opędzić, a do tego jest raczej średnio miły w usposobieniu. Te rodzaje marszrutek różnią się też tym, że w tych pierwszych cena jest znana od początku i stała; w tych drugich cena jest zmienna i nigdy nie wiesz czego się spodziewać (co może być dobre, bo z czasem gdy wiesz już ile co może kosztować, jesteś w stanie pojechać za normalną lub niższą stawkę; ale też niespecjalnie dobre gdy nie jesteś do końca dobrze zorientowany, a naganiacz, czy kierowca to zauważy przed wypowiedzeniem ceny).

Dokładnym ich przeciwieństwem są ludzie na przykład w sklepach, czy różnych marketach. Pierwszego dnia, niedługo po wylądowaniu w Kutaisi, mieliśmy bardzo niemiłe doświadczeniem z facetem udającym taksówkarza (jeden z naciągaczy spod lotniska). Zawiózł nas do miasta, ale za cenę dużo, dużo wyższą niż powinien, a przy tym sprawiał wrażenie jakby chciał jeszcze od nas czegoś więcej. Musieliśmy więc się z nim rozstać tak szybko, jak to tylko było możliwe. Był środek nocy, ciemno, szaro, mrocznie. Poszliśmy do najbardziej oświetlonego budynku w okolicy – lokalnego supermarketu. Z jednej strony zależało nam, by niby-taksiarz stracił nas z pola widzenia, z drugiej strony chcieliśmy być w oświetlonym miejscu, gdzie byli też inni ludzie. Korzystając z okazji postanowiliśmy uzbroić się w to, czego nam było trzeba na najbliższe dni. Jakieś jedzenie, picie, gruzińskie pieniądze i kartę SIM. I tak jak z pierwszymi trzema pozycjami większego problemu nie było, tak karta SIM i jej aktywacja już była nie lada wyzwaniem. I to nie tylko dla nas, ale dla Gruzinów również. Poprosiliśmy jednego z pracowników supermarketu o pomoc, a ten nie tylko zgodził się nam pomóc, ale też skrzyknął kilku innych kolegów i koleżanek do pomocy (cała operacja najwidoczniej wymagała konsultacji kilku osoób) i spędził z nami kolejne dwie godziny pomagając nam doładować te karty, je aktywować, wykupić na nich Internet, sprawić by działały w naszych polskich telefonach. A na koniec gdy próbowaliśmy mu jakoś wynagrodzić cały ten trud, zapłacić mu za pomoc, czy choćby kupić mu piwo za to wszystko – spotkaliśmy się jedynie z określeniem, że nie, nie chce. Zależy mu na tym, żeby nam się u niego w kraju podobało.

Jeżdżenie stopem w Gruzji

Da się. I nie jest to takie trudne.

Przez dłuższy czas przed wyjazdem szukaliśmy w Internecie jakichś informacji na temat tego jak wygląda kwestia podróżowania po Gruzji stopem. Znaleźliśmy tego bardzo niewiele. Pojechaliśmy więc z niewielką wiedzą na temat i przyszło nam sprawdzić wszystko samemu.

I wszystko było w porządku. Czy to przy wylotówkach z miasta, czy to po środku niczego, stopa łapaliśmy w przeciągu kilkunastu-kilkudziesięciu minut. A jak już złapaliśmy, to zawoził nas kilka, kilkanaście, czy kilkadziesiąt kilometrów. Kierowcy nie nadrabiali dla nas drogi, po prostu jeśli gdzieś mieli po drodze, to tam nas zawozili.

Było miło i przyjemnie. Bez większych problemów. Jedyny problem jaki mieliśmy to bariera komunikacyjna (znowu ten nasz brak znajomości gruzińskiego, czy rosyjskiego).

Aha, i nie spotkaliśmy się ani razu z tym, że trzeba było za przejazd zapłacić. Parę razy słyszeliśmy, że w niektórych rejonach Gruzji za przewiezienie kogoś na stopa kierowcy po prostu proszą o jakieś pieniądze. My się z tym nie spotkaliśmy.

Noclegi na dziko w Gruzji

Czy namiot rozbić można wszędzie, bez dodatkowych pozwoleń? Tego nie wiem. Próbowaliśmy się tego dowiedzieć, niestety bezskutecznie. My się rozbijaliśmy i nigdy z tego tytułu problemów nie mieliśmy. Czy było to gdzieś pod większym, czy mniejszym miastem, czy gdzieś w górach u stóp Kazbeku.

Hmmmm where to sleep today? #toughdecisions

A post shared by Karol Zielinski (@karolzielinski) on

Nie napotkaliśmy nigdzie na naszej drodze typowych pól namiotowych (może to też kwestia pory roku, w jakiej byliśmy), za to w bardziej turystycznych miejscach można było usłyszeć określenia, że przeważnie z namiotami rozbijają się tam i wskazanie jakiegoś kierunku. W większości przypadków jednak my poszukiwaliśmy miejsca na rozbicie namiotu na zasadzie: tu jest osłonięty teren, w miarę cicho, niedaleko do X, wydaję się ok.

Nolegi normalne w Gruzji

Zdarzało nam się nocować na różne sposoby. Od noclegów na dziko, pod namiotem, przez hostele, na prywatnych „apartamentach” kończąc. Nie próbowaliśmy jedynie hoteli. Generalnie jednak znajdziesz każdy rodzaj noclegu. Drogi i eksluzwny (widywaliśmy takowe), normalne średniej klasy, jak i z typu tych najtańszych. Dla każdego coś miłego.

Ceny można łatwo sprawdzić na HostelWorld (z tego korzystaliśmy do szukania hosteli gdy była taka potrzeba). Spokojnie też znaleźć można nocleg w mega fajnej lokalizacji, w niezłej cenie na AirBnb.

Z kolei nocleg w Tbilisi znaleźliśmy przez przypadek. Dowiedziałęm się o istnieniu jakiegoś polskiego hostelu w stolicy. Potrzebowaliśmy już prysznica i w miarę wygodnego łóżka, więc postanowiliśmy podjechać (bez informowania ich wcześniej o tym). Podjechaliśmy na miejsce, a tam… drzwi zamknięte. Okazało się, że hostel jest nieczynny. Staliśmy chwilę przy drzwiach, zastanawiając się co robić, gdy nagle podeszła do nas jakaś kobieta, lat na oko koło 50. Powiedzała, aby iść za nią. Posłusznie poszliśmy. Okazało się, że jest sąsiadką i ma jakieś pokoje na wynajem, a że nas zobaczyła jak stoimy pod drzwiami nieczynnego hostelu, to podeszła i zagadała. Warunki noclegowe interesujące. No ale tak już w tej Gruzji jest, nam się podobało ;)

After a few days of sleeping in woods, such a place is more than luxury! #perspective

A post shared by Karol Zielinski (@karolzielinski) on

Przy okazji warto tu też zwrócić uwagę na jeszcze jeden fakt. Tu każdy jest przedsiębiorcą. Masz samochód, możesz być taksówkarzem. Masz dom, możesz oferować nocleg. I nie potrzebujesz do tego Ubera, czy AirBnB. Po prostu wychodzisz na ulicę i oferujesz co masz do zaoferowania. Jeśli znajdzie się chętny, to Twój „biznes” zarabia. Jeśli nie, to szukasz chętnych dalej. Bardzo przedsiębiorczy naród. Niby oficjalnie wielkiego bezrobocia nie ma, ale jednak z kim by się nie rozmawiało, to słychać: „pracy nie ma”, „zarabiamy jak możemy, na tym co mamy”.

Kutaisi, Tbilisi, Batumi, Kazbegi, Gori

Poza wszystkimi mniejszymi miejscowościami i wsiami na trasie, mieliśmy 5 punktów docelowych w samej Gruzji: Kutaisi, Tbilisi, Batumi, Kazbegi i Gori.

Kutaisi, bo tam lądowaliśmy i stamtąd wylatywaliśmy z powrotem. Spędziliśmy w tym mieście dwie noce (jedną pod namiotem nieopodal miasta od razu po wylądowaniu, drugą w hostelu tuż przed lotem powrotnym) i… no cóż, wiele ciekawych rzeczy tu nie ma. Dość – wydaje się – ubogie miasto. Wielu rzeczy do robienia też nie ma. Chyba najbardziej mi się tu podobał park i wesołe miasteczko na górce, praktycznie nad miastem. Niby nic wielkiego, ale jednak gdy się do tego wesołego miasteczka wchodzi i chwilę po nim pospaceruje, okazuje się, że ma on w sobie taki specyficzny, bardzo-po-sowiecki klimat. Trochę zrujnowane, trochę jakby jeszcze dogorywające i w miarę chętnie przez lokalnych mieszkańców odwiedzane. Ciekawe doświadczenie. Gdy tam dotarliśmy, po prostu usiedliśmy i oglądaliśmy. Dorosłych i dzieci. Kobiety i mężczyzn. Trochę jakbyśmy się cofnęli w czasie o jakieś 25-30 lat w Polsce. (Kutaisi – film)

Just a few fixes needed #georgia #houses #housesworldwide

A post shared by Karol Zielinski (@karolzielinski) on

Tbilisi to stolica. Ma genialne Stare Miasto (bardzo polecam!), miłych ludzi, nieźle zorganizowaną komunikację, sklepy ze wszystkim czego potrzeba (np. butle gazowe pod namiot dostać można w Gruzji jedynie w Tbilisi lub czasem w niektórych hostelach). Jak to duże miasto. No i oczywiście stąd można dostać się wszędzie, w każdy możliwy sposób. Stąd odjeżdżają marszrutki we wszystkich kierunkach, stąd odjeżdżają taksówki gdziekolwiek im powiesz, że mają jechać, stąd też dostaniesz się wszędzie pociągiem. (Tbilisi – film)

Batumi to takie ponoć gruzińskie Las Vegas. A nawet nie gruzińskie, bo i mieszkańcy okolicznych krajów też tu są stałymi bywalcami. Czyli krótko mówiąc dużo kasyn i tajskich masaży. Zresztą wystarczy w Google’u wpisać Batumi i praktycznie większość pozycji, które wyskakują związane jest z prostytucją, hazardem i tego typu niechlubnymi przyjemnościami. Jakoś niebezpiecznie nie czuliśmy, aby było. Palmy też były (dużo one dla nas znaczyły, dzień wcześniej nocowaliśmy pod namiotem w górach przy temperaturze poniżej zera). Do tego morze, plaże. I bardzo, bardzo turystycznie. A co za tym idzie drogo i mało interesująco. Generalnie nic specjalnego. Gdyby nie to, że chcieliśmy odwiedzić dwa morza w ciągu jednego tygodnia, to pewnie jakoś mocno by nam nie zależało na przyjeżdżaniu tutaj.

Nice weather, nice place… and these palms. Yeah! #blacksea

A post shared by Karol Zielinski (@karolzielinski) on

Mountains and the sea. Black Sea. #everythingweneed

A post shared by Karol Zielinski (@karolzielinski) on

heeeey, is anybody there? #whatsthere

A post shared by Karol Zielinski (@karolzielinski) on

Time to swim. #swimming #resting #goalachieved

A post shared by Karol Zielinski (@karolzielinski) on

Yet another cool place, yet another great view ;) #nevertoomuch #nevertoomany #coolplaces

A post shared by Karol Zielinski (@karolzielinski) on

Kazbegi, a raczej Stepancminda to małe miasteczko u stóp Kazbeku, jednej z najwyższych albo i najwyższej (jak twierdzą niektórzy) europejskiej góry. Samo miasteczko nie ma w sobie nic specjalnego, jest raczej bazą wypadową na sam Kazbek. Co nas niesamowicie tu zaskoczyło, to ilość spotkanych Polaków. Tak jak przez cały wyjazd nie spotkaliśmy ani jednego Polaka, tak tutaj na każdym kroku, na każdej ulicy, wignora każdym sklepie, słychać było język polski. Nocowaliśmy pod namiotem w pobliżu Cminda Sameba, więc długo tu nie przebywaliśmy, jednak nie wyglądało na to, by w samym miasteczku miało być co robić. Z kolei sam Kazbek, Cminda Sameba, te wszystkie dróżki i górskie okolice – coś wspaniałego! Bardzo, bardzo polecam. Choć najpierw szczerze polecam zapoznać się trochę z informacjami na temat samej góry, lodowca i okolic. I polecam nie być typowym Polakiem. Tak jak w Gruzji o Polakach mówi się raczej dobrze, tak w tamtych rejonach mamy niestety złą sławę. Zresztą znaki ostrzegawcze w języku polskim, czy też polskie tablice pamiątkowe informujące o śmierci Polaków przy zejściu/wejściu na Kazbek, naprawdę działają na wyobraźnię. Wielka szkoda. Bo okolice są genialne!

Another day, another adventure. Another place to sleep. #unbelievableplace

A post shared by Karol Zielinski (@karolzielinski) on

On the road. Beautiful road #ontheroad

A post shared by Karol Zielinski (@karolzielinski) on

– hey you (…) – ciiii, shut up and look #absolutelybeautiful

A post shared by Karol Zielinski (@karolzielinski) on

Yep, snow. (…) Will be fine. Just go. #snowinthemountains

A post shared by Karol Zielinski (@karolzielinski) on

Yep, it’s called quite a nice place. #niceplacetolive

A post shared by Karol Zielinski (@karolzielinski) on

Gori jest niewielkim miasteczkiem, które odwiedziliśmy w drodze do granicy z Azerbejdżanem. Nie spędziliśmy tu dużo czasu, ale i tak nam się podobało. Tu jedliśmy najlepsze jedzenie w Gruzji. Tu kupiliśmy na targu najlepszą czaczę jaką udało nam się znaleźć. Tu na dworcu widzieliśmy pomnik Stalina (to w tym miasteczku urodził się Józef Stalin!). Tu w okolicy jest w końcu Uplisciche – genialne skalne miasto, zdecydowanie warte zobaczenia. (Gori i Uplisciche – film)

Could have such a view from my window. #viewfromwindow

A post shared by Karol Zielinski (@karolzielinski) on

Home sweet home. Someone’s home. Thousands years ago. #travelingtheworld

A post shared by Karol Zielinski (@karolzielinski) on

Z miejsc wartych odwiedzenia warto też wspomnieć o Sighnaghi. Przez wielu nazywane najpiękniejszym miastem w Gruzji. Byliśmy tam tylko w nocy, nie mieliśmy okazji zwiedzić go w ciągu dnia. Jednakże w nocy robiło piorunujące wrażenie! Przepiękne i klimatyczne. Te oświetlone latarniami zabytkowe uliczki, mury miasta, cały ten klimat… naprawdę, naprawdę ładne. A że w dodatku z tym miasteczkiem wiąże się jedna z najfajniejszych historii naszego wyjazdu, to już inna historia (dwukrotnie lądowaliśmy na starych, opuszczonych cmentarzach pod miastem; by w końcu rozbić się gdzieś na szczycie okolicznej góry i obudzić się przy wschodzie słońca z jednym z najlepszych widoków jakie można zobaczyć). (Signagi – film)

So… we are somewhere here. Or here. I guess. #adventuretime

A post shared by Karol Zielinski (@karolzielinski) on

– Let’s stay here for a night. – Ok #morningview

A post shared by Karol Zielinski (@karolzielinski) on

Waking up with such a view behind the window wouldn’t be the worst idea ever. #whataview

A post shared by Karol Zielinski (@karolzielinski) on

Alkohol

No tak, alkohol. Generalnie o paru rzeczach warto tu wspomnieć.

Po pierwsze Gruzja słynie ze swoich wspaniałych win. Tylko raz miałem okazję ich spróbować, a że nie jestem jakimś wielkim specjalistą od tego trunku, to powiedzieć mogę jedynie tyle, iż było smaczne. Przez wielu uważane za jedne z najlepszych na świecie. Przez własną ignorancję niestety potwierdzić tego nie mogę.

Po drugie czacza. Czacza czyli bardzo tani bimber, który można kupić na ryneczkach w praktycznie każdym mieście. Czasem sprzedawany spod lady, czasem normalnie wystawiony na sprzedaż i widoczny z daleka. Ciężko więc powiedzieć, czy sprzedawany legalnie, czy nielegalnie przez lokalesów (wspominałem już, że praktycznie każdy Gruzin jest przedsiębiorcą?). Kupuje się go w jakichś butelkach po coli, czy innej fancie. Jest mocny, jak to bimber. I praktycznie za każdym razem smakuje inaczej. Czasem nawet jest smaczny, czasem nie do przełknięcia. W niektórych sklepach, czy na lotnisku można też kupić oficjalną czaczę, ale nie ma ona z tą prawdziwą z rynku kompletnie nic wspólnego (smak, moc, cena – kompletnie nic).

Po trzecie to, co ma czaczę w nazwie albo ma w sobie coś z czaczy/samą czaczę. Czyli wszelkiego rodzaju koniaki z czaczą, czy inne nalewki. Trochę tego jest. I znowu – na ryneczku można kupić takie coś w miarę tanio (niewiele droższe od samej czaczy, a na pewno smaczniejsze i trochę łatwiej się pije). Dodatkowo w sklepach, czy na lotnisku można kupić podróbki, które z tymi alkoholami z targowisk nie mają wiele wspólnego.

Po czwarte Gruzini piją dużo. O każdej porze dnia i nocy. Różne alkohole. W restauracjach, czy pubach często wódka. Na ulicach, czy pod parasolkami, inne, bardziej lokalne trunki, w tym oczywiście czaczę. I potrafią to pić do śniadania, obiadu i kolacji. Nie raz widzieliśmy wódeczkę w porze śniadaniowej (to raczej trochę starsi ludzie), czy wódeczkę do chinkali wieczorem (tu dużo młodych). Myślałem, że w Polsce pije się dużo. W Gruzji jednak powiedziałbym, że pije się więcej.

Wifi, Internet, lokalne karty SIM

Gruzja to cywilizowany kraj. Internet jest wszędzie. Darmowe wifi znaleźć można w wielu restauracjach, pubach, czy hostelach. I to przyzwoitej prędkości. Jeśli boisz się o to, że stracisz kontakt z wirtualnym światem, to spokojnie. Nie stracisz.

Polecam jednak bardzo mocno zaopatrzenie się w lokalną kartę SIM. Korzystanie z polskiej jest bardzo, bardzo drogie. Zaś lokalna karta wychodzi dość tanio i się przydaje (google maps ratowało nam cztery litery naprawdę często).

Lokalną kartę SIM można dostać na przykład w sklepie, czy kiosku. Czasem też u kierowcy (taksówkarza, czy kierowcy marszrutki). My na przykład dostaliśmy takie karty od taksówkarza, który wiózł nas z lotniska do Kutaisi. Same karty SIM są darmowe i takie dopiero co otrzymane na nic nie pozwalają (trzeba je doładować). Nie trzeba ich w żaden sposób rejestrować. Wystarczy wrzucić na nie jakieś pieniądze i aktywować. A jak już przy wrzucaniu pieniędzy i aktywacji jesteśmy, to tak:

Doładować lokalną kartę SIM można (a nawet trzeba) w automatach, które to umożliwiają. Te automaty są wszędzie, w sklepach, na ulicach, w marketach. Zresztą w tych automatach można też zrobić wiele, wiele więcej. Na przykład zapłacić za rachunki, czy jakieś bilety kupić (my z nich korzystaliśmy tylko do doładowania karty SIM).

Jeśli zaś chodzi o aktywację, to tu zależy. To znaczy – samo przełożenie karty do swojego telefonu i doładowanie jej w automacie to jedno. Jeśli chcemy mieć kartę do dzwonienia i odbierania telefonów, czy sporadycznego Internetu, to pewnie wystarczy. Jeśli jednak chcesz aktywować jakiś konkretny pakiet, to już tak prosto nie jest. Nam zależało na tym, by mieć możliwie dużo Internetu; samo dzwonienie czy odbieranie telefonów nie było nam potrzebne. I tu już trzeba było trochę z telefonem powalczyć (używając jakichś dziwnych kombinacji gwiazdek i cyferek na klawiaturze numerycznej telefonu). Oczywiście komunikaty, które się na telefonie pojawiają przy okazji takiej aktywacji są po gruzińsku. Polecam więc bardzo mocno zapoznać się z instrukcją jak to zrobić jeszcze przed przystąpieniem do działania, przed przełożeniem karty sim lub poprosić kogoś lokalnego o pomoc (tak my zrobiliśmy i było warto).

Samochodem po Gruzji

Sami samochodem po Gruzji nie jeździliśmy. Ciężko więc powiedzieć jak się jeździ jako kierowca. Z punktu widzenia pasażera, mogę jedynie powiedzieć, że łatwo raczej nie jest. Gruzini nie stosują się specjalnie do żadnych przepisów drogowych, jeżdżą jak chcą i generalnie na drodze robią co chcą. Jeśli sądzisz, że dasz radę jeździć wszędzie, bo uczyłeś się jeździć w Polsce (takie błędne przeświadczenie panuje przecież w naszym kraju), to przyjedź pojeździć po Gruzji.

Fuck it. This road will take me somewhere. #followtheroad

A post shared by Karol Zielinski (@karolzielinski) on

Jeździ się… dziko. Choć pewnie po dłuższej chwili da się przyzwyczaić.

Who said that we need a truck? C’mon #peoplearegreat

A post shared by Karol Zielinski (@karolzielinski) on

Wyjeżdżając do Azerbejdżanu słyszeliśmy, że najniebezpieczniej w tym kraju jest na pasach. Bo nikt z kierowców specjalnie pasami się nie przejmuje i pędzi przed siebie. To samo zdecydowanie tyczy się Gruzji. Tu rządzą kierowcy, a pasi mają nie wchodzić im w drogę i czym prędzej przed nimi uciekać. Nie raz i nie dwa widziałem kierowców trąbiących na ludzi, którzy przechodzili akurat przez pasy. Bo przecież przechodzili. A powinni biec. Bo przecież oni jadą.

Trąbienie

I jak już przy trąbieniu jesteśmy, to jest ono wszędobylskie. Trąbią wszyscy, wszędzie, ciągle. Z ważnego powodu, z mniej istotnego powodu, z byle powodu i bez powodu. Po prostu trąbią. Bo mają klaksony. I to w sumie chyba im wystarczy. Skoro ktoś postanowił coś takiego jak klakson w samochodzie zamontować, to znaczy że trzeba z tego korzystać. I każdy Gruzin korzysta.

W konsekwencji trąbienie słychać cały czas. Trąbią do siebie kierowcy, gdy się pozdrawiają. Trąbią kierowcy na pieszych, bo ci im przeszkadzają. Trąbią na siebie gdy chcą się wyprzedzać. Po prostu robią to ciągle.

Najbardziej chyba podobał mi się kierowca z dwoma klaksonami. Akurat udało nam się złapać taksówkę z Tbilisi do Kazbegi. Pomogliśmy kierowcy namówić kilku innych turystów, by pojechali też z nami, po czym po zapełnieniu mu samochodu, pojechaliśmy. Dopiero po dłuższym czasie zorientowaliśmy się czemu odgłosy klaksona dochodzą nas raz z jednej, raz z drugiej strony samochodu (i delikatnie się od siebie różnią). Kierowca miał bowiem zamontowane dwa klaksony. Jeden z lewej, drugi z prawej strony samochodu. Jeden uruchamiało się przyciskiem dostępnym z lewej strony kierownicy, drugi przyciskiem dostępnym z prawej strony kierownicy. I kierowca – w zależności od tego jak mu pasowało – uruchamiał sobie raz jeden, raz drugi klakson. Żywotność dłuższa (jeden padnie, zawsze zostaje drugi), a i pewnie jak wciśnie oba na raz to będzie lepiej widoczny (w sensie, że słyszeć go będą z jeszcze dalszej odległości). Sprytny Gruzin.


Jeśli chcesz zobaczyć więcej zdjęć z tej wyprawy, to zajrzyj na mojego Instagrama. Jeśli zaś chcesz zobaczyć jak te wszystkie miejsca wyglądały na filmie, to zapraszam na mój kanał na YouTube.


Inne fajne miejsca: Portugalia | Malta i Gozo | Londyn, Swindon, UK

%d bloggers like this: